Idzie zmiana?

Zmiana czego, gdzie i kiedy? O tym jest w dalszej części artykułu, a na początku wstęp, nieco przydługi, ale to tak dla dobra sprawy.

Wróćmy w czasie do lipca br. Wybrałem się wtedy na kombinowany wyskok kajakowo-rowerowy na i wzdłuż rzeki Bow.  Na rzece kajakiem z Shouldice Park do ZOO, a wzdłuż rzeki z powrotem rowerem na Bow River Pathway do parkingu po samochód.

Po katastrofalnej powodzi w czerwcu 2013 r. Bow już nie jest taka atrakcyjna jak dawniej. Przed powodzią lubiałem spływać bocznymi kanałami, gdzie można było obserwować sporo ptactwa wodnego.Większość tych kanałów została zasypana osadami rzecznymi – otoczakami, żwirem i piaskiem.  A na kilku odcinkach trzeba było umocnić podmyte brzegi, tak więc tam, gdzie dawniej mieliśmy przyrodę w naturalnym stanie – krzaki i drzewa – teraz mamy kamienne umocnienia. Niezbyt to ładne, ale konieczne.

Płynę na odcinku przyległym do Princess Island Park i słyszę dobiegająca stamtąd wesołą muzykę i śpiewy. Wiem z czym to jest związane i już niedługo tam zaglądnę.

Dopłynąłem do ZOO, wyciągam kajak na brzeg. Czuję zmęczenie wiosłowaniem w upalny dzień. Kładę się  na trawie, aby trochę odpocząć, ale teraz trzeba wsiąść na rower (uprzednio tu umieszczony i ... linką zabezpieczony) i jechać do samochodu w Shouldice Parku. Oj, jak mi się nie chce wstawać. Ale wstać trzeba. Nima letko ...

Droga powrotna jest jednak całkiem przyjemna – cały czas wzdłuż rzeki. Dojeżdżam do Princess Island Park, gdzie widzę mnóstwo ludzi, sądząc po ich ubiorach można poznać, że wielu z nich pochodzi z egzotycznych (dla nas) krajów. Taka jest Kanada 21-go wieku. Gra muzyka, na estradzie zespoły taneczne lub wokaliści. Ludzie zrelaksowani i w pogodnym nastroju, dzieci bawią się i szczebiotają wesoło. Nic dziwnego – jest dzień 1 Lipca, święto narodowe Kanady. Chciałoby mi się pobyć dłużej w tym przyjemnym otoczeniu, ale czeka mnie jeszcze kilka kilometrów jazdy, więc komu w drogę, temu czas.

Tego samego dnia, w dzienniku wieczornym, oglądam transmisję z Ottawy, z obchodów tego święta. Widzę obok siebie na placu przed gmachem parlamentu premiera Trudeau, kilku oficjeli z rządu, kilku z partii opozycyjnych. Wszyscy pogodni i uśmiechnięci. 

Parę dni później następne lipcowe święto – 4 Lipca, Dzień Niepodległości USA. W TV pokazują sceny podobne do kanadyjskich – pikniki i zabawy w parkach, różne imprezy. I nie liczy się tu, czy ktoś jest z partii demokratycznej czy republikańskiej. Para prezydencka jest wmieszana w tłum ludzi (jaki to musiał być ból głowy dla ich ochraniarzy ...). Jakże ujmująco miłą jest Michelle Obama. Hmm, a możeby demokraci zechcieli rozegrać tę kartę w następnych wyborach prezydenckich?

I jeszcze jedno lipcowe święto – 14 Lipca, Jour de la Bastille. Parada na Polach Elizejskich robi duże wrażenie, na trybunie prezydent Republiki, przedstawiciele rządu, ale też i przywódcy opozycyjnych partii politycznych (ale nie było tam chyba Marine le Pen, krewkiej szefowej ultra-prawicowego Front National). W dzień ten znikają we Francji ostre nieraz podziały polityczne, bo przecież Le jour de gloire est arrivé (nadszedł dzień chwały). Po południu i wieczorem ludzie śpiewają i tańczą na ulicach, znana francuska  La joie de vivre (radość życia). Dołączam się do nich myślami, Vive la France!

Jakże przyjemne mam wrażenia, pośrednie i bezpośrednie, z tych lipcowych świąt narodowych.

I właśnie teraz, w Albercie, w raczej już ponurym listopadzie, przypomniały mi się trzy wyżej opisane lipcowe święta, związku z naszym świętem 11 Listopada ...

Do niedawna jego obchody odbywały  się w fatalnej atmosferze; kilka osobnych pochodów (aby pokazać, że mamy w Polsce conajmniej dwa narody ...), na ulicach tańczą ..., no nie ludzie, lecz płonące race, starcia z policją, kamienie z bruku, pożary ...

Swoista wojna polsko-polska.

Jakże proroczym wizjonerem okazał się bard Solidarności (tej z lat 1980/81 i z czasów stanu wojennego), Jacek Kaczmarski, kiedy kilkanaście lat temu śpiewał w piosence A mury runą, runą ...

                        Szli ulicami i rwali bruk

                        Ten z nami, ten przeciw nam

                        Kto sam, ten  nasz największy wróg

                        A śpiewak także był sam.

                        Patrzył na równy tłumów marsz

                        Milczał wsłuchany w kroków stuk

                        A mury rosły, rosły, rosły

                        Łańcuch kołysał się u nóg

                       

Teraz możemy sprecyzować – łańcuch ksenofobii, nietolerancji, fanatyzmu, nienawiści do gorszego sortu Polaków- by użyć sformułowania prezesa PiS.

A “pierwsze skrzypce” grali w tych akcjach “prawdziwi Polacy-katolicy”, ci z Obozu Narodowo-Radykalnego. Oni pozdrawiają się jak starożytni Rzymianie – z wyciągniętą do góry prawą ręką i słowem “Czołem!”. W Polsce takie pozdrowienie kojarzy się jednak z czymś innym; z czasów niemieckiej okupacji – wyciągnięta prawa ręka i “Sieg heil!” Narodowcy spalili “pedalską tęczę” na Placu Zbawiciela, zdemolowali ośrodek “dewiantów” – gejów i lesbijek, i patriotycznie podpalili budkę strażniczą przed ambasadą Rosji. Pokazali w ten sposób Putinowi, i Urbi et Orbi, że my się Rosji nie boimy. A że w rezultacie była to kompromitacja Polski, jako państwa, które nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa ambasadom? Co nas to obchodzi, albośmy to jacy tacy, my Polacy, my Polacy ...

O ile sobie  przypominam, chyba tylko raz na obchodach 11 Listopada mieliśmy gościa z zagranicy – panią premiera Litwy. Wysłuchała od narodowców niewybrednych epitetów pod swoim adresem i pod adresem jej narodu.

I wtedy właśnie nasi ornitolodzy, i nie tylko oni, zaobserwowali, że sporej wielkości biały orzeł wleciał przez otwarte okno do jednego zakładu psychiatrycznego. A co było dalej, uwiecznił dla potomności nasz znakomity karykaturzysta, Andrzej Mleczko:

Ostatnie dwa obchody święta 11 Listopada miały już jednak inny charakter -

co prawda znów były bez oficjalnego gospodarza obchodów, było kilka pochodów, ale tym razem do zamieszek ulicznych nie doszło. Niemniej jednak na marszu niepodległości było w pewnym momencie czerwono od rac  i były wybuchy petard, wszystko autorstwa uczestników pochodu, ale już nie przeciw “tym innym”, tylko ot tak, dla dodania sobie animuszu.

W TV Trwam min. Błaszczak podziękował policji, że dzięki jej obecności nie doszło do żadnych zamieszek. Nie wspomniał jednakże, z czyjej to strony można się było czegoś takiego spodziewać. No bo na pewno nie ze strony całkowicie spokojnych manifestacji Komitetu Obrony Demokracji.  Syptomatyczne: minister nie wspomniał o racach i petardach na marszu niepodległości, które jako takie były czynem nielegalnym. No, ale skoro to robili “nasi” ... Nic dziwnego, że dwóch reprezentantów policji miało jakieś niewyraźne miny w czasie wysłuchiwania tego podziękowania.

Ad rem (nareszcie) ... Kilka dni temu prezydent Duda wystąpił z apelem o wspólne – przez obóz rządowy i opozycję – obchodzenie w 2018 roku setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Ma to być w formie sejmowej inicjatywy ustawodawczej, czyli trochę na siłę, ale w obecnie czasem trzeba u nas użyć metody “łagodnej perswasji”.

Piękny apel, brawo Panie Prezydencie! To może być początkiem wielkiej zmiany – początkiem polityki jednoczącej naród.

Ale czy to się uda? Oj, oj, niełatwe to będzie przedsięwzięcie, bo różne zdarzenia z przeszłości, bynajmniej nie tylko te z okazji 11 Listopada, optymistycznie nie nastawiają. Ot, chociażby taki przykład na przykład: rok 2012, Mistrzowstwa Europy w piłce nożnej (organizowane wspólnie przez Polskę i Ukrainę). Ówczesny premier Tusk zaprosił Kaczyńskiego na trybunę honorową, aby wspólnie oglądać mecz naszej reprezentacji. Byłoby bardzo budujące widzieć ich razem przy takiej okazji, ale lider PiS odmówił. Jakiż to był małostkowy gest.

Mowa pożegnalna premier Ewy Kopacz po ostatnich wyborach ... Twardo zapowiedziała, że będziemy wam [rządowi] cały czas uważnie patrzeć na ręce, nie myślcie sobie, że będziecie mogli wszystko, co chcecie robić, itp. Miała na myśli kontrolowanie prac rządu, ale wypowiedziała to w taki sposób, jakby tam byli sami złodzieje ... To nie była zapowiedź konstruktywnej opozycji. Nie umiała wygrać wyborów, nie umiała ich przegrać ...

Na reakcję strony rządowej nie trzeba było długo czekać – nastąpiła ona w inauguracyjnej mowie nowej premier, Beaty Szydło. Pod adresem opozycji było w tej mowie, że przegraliście wybory, zostaliście odrzuceni przez naród, macie teraz przyjąć do wiadomości, kim jesteście, itp. Mściwe, tryumfalistyczne przemówienie...

Ładnie się nasze panie popisały. I jak tu w takich warunkach nie zostać męskim szowinistą ...

Prezydent Duda też zajechał z grubej rury – w inauguracyjnej mowie powiedział, że przejmuje w spadku po poprzedniej ekipie Polskę z blachy i dykty (sic!). Żadnych wyrazów uznania dla ustępującego rządu i prezydenta Komorowskiego, nie mówiąc już o zdawkowym choćby podziękowaniu, za ich wkład w rozwój Polski.  A przecież ze wszystkich krajów Unii Europejskiej, właśnie Polska była jedynym krajem, który z dodatnim kontem (choć co prawda tylko symbolicznym) przeszedł przez depresję ekonomiczną poprzednich lat, gospodarka w ogólnym rozrachunku rozwijała się całkiem nieźle, bezrobocie malało i mieliśmyw miarę stabilną demokrację. Te atuty ośmioletnich rządów poprzedniej ekipy zostały dobitnie podkreślone przez prezydenta Obamę podczas jego wizyty w Warszawie w czerwcu 2014 roku z okazji 25. rocznicy odzyskania niepodległości (po pamiętnych wyborach 4 czerwca 1989 roku – stunning victory of Solidarity – jak pisano w zachodniej prasie).

Czego więc można było oczekiwać po ostatnich wyborach? Na pewno nie konstruktywnej współpracy rządu i opozycji. I zamiast stabilnej demokracji mamy teraz marsze KOD ...

 


KOD na Krakowskim Rynku, 2015

... mamy zaniepokojenie w UE zagrożeniami demokracji w Polsce (ktoś ze strony rządowej zareplikował, że nie ma u nas żadnego zagrożenia demokracji, bo przecież nie rozpędzamy pochodów KOD; hmm ..., proszę pana, to nie jest wystarczający argument), mamy Komisję Wenecką, interwencje Komisji Praw Człowieka przy ONZ ... Czy w takich warunkach apel prezydeta Dudy ma jakieś szanse realizacji?

Będzie z tym niełatwo, będzie bardzo trudno niektórym decydentom i politykom przezwyciężyć wzajemne uprzedzenia czy wręcz wrogość. Chodzi tu przede wszystkim o narodowców; oni nawet nie uszanują uczuć religijnych innych chrześcijan, np. prawosławnych czy grekokatolików ...

Atak narodowców na Wielkanocną procesję  Ukrainców w Przemyślu, 2016

No tak, bo to przecież hajdamaki i schizmatycy ... A nasza policja – tak a propos - była wtedy dziwnie nieobecna.

Trudno więc sobie wyobrazić, aby narodowcy stali oni spokojnie na trybunie obok kogoś z PO czy z PSL, nie mówiąc już o SLD. A czy redaktor Gazety Wyborczej i o. dyrektor Radia Maryja mogliby tam stanąć obok siebie? Nie jest realistycznym oczekiwanie, aby wymienili ze sobą uścisk dłoni, ale niechby tylko spokojnie stanęli obok siebie – nie sposób oczekiwać, aby się wzajemnie miłowali, ale niechby przynajmniej nawzajem się respektowali. Niektórzy wprost uznają obecną opozycję za zdrajców Ojczyzny za to, że śmieli się odwołać ze skargami do UE odnośnie naszych wewnętrznych problemów, a więc to tak, jak Targowica, która odwołała się do Rosji. Ciekawe tylko, że to przecież nasz rząd, a konkretnie minister spraw zagranicznych, Witold Waszczykowski, zaprosił do Polski Komisję Wenecką w celu roztrzygnięcia sprawy Trybunału Konstytucyjnego. A więc co? – nasz rząd, to też zdrajcy? (symptomatyczne jest, że kiedy ich orzeczenie okazało się dla rządu niekorzystne, premier Szydło powiedziała, że była to tylko, ot, taka sobie rozmowa przy kawie i ciastkach, więc ich orzeczenie nie jest dla nas obowiązujące). A nasz znakomity skądinąd kabareciarz, Jan Pietrzak, oświadczył wprost, że ze zdrajcami Ojczyzny nie pójdzie w pochodzie. - Oj panie Janie – lepszym pan był kiedyś na scenie kabaretu (oklaskiwaliśmy pana w Calgary), niż obecnie na scenie politycznej. Od wielkości do śmieszności jest tylko jeden krok – jak to w zimie 1812 roku powiedział w Warszawie pewien cesarz, powracając z niezbyt udanej (oględnie mówiąc) wycieczki do Moskwy.

A gdyby tak być tu ostrożnym, bardzo ostrożnym, optymistą? Jakby nie było, zarówno PiS, jak i PO wyrosły przecież ze wspólnego pnia Solidarności, może więc na setną rocznicę odzyskania niepodległości członkowie tych partii zechcą porzucić partyjne interesy i osobiste animozje? Może przeważy troska o sprawy państwowe? A ze strony innych partii – Kukiz 15, Polska Nowoczesna, PSL, SLD ... chyba można liczyć przynajmniej na ich przyjazną neutralność?

I w takich warunkach możnaby, a raczej należałoby, zaprosić gości zagranicznych, szefów państw i monarchów (Czemu nie? –  monarchie skandynawskie są przykładami stabilnych demokracji ...) na uroczystości rocznicowe.

Pozostaje problem narodowców z ONR – oni na pewno nie przyłączą się do ewentualnego wspólnego pochodu, nie staną na trybunie obok “zdrajców” Ojczyzny. Może tak byłoby i lepiej (ostatecznie są oni w dc. partią kanapową), sęk w tym, że oni mogą nie powstrzymać się od zrobienia zadymy w kulminacyjnym momencie uroczystości. Sądzę, że wątpię, czy prezydentowi uda się zmienić ich nastawienie. Może więc pomogłaby mediacja naszego Kościoła, przecież narodowcy uważają się za “prawdziwych katolików”? Hmm ... Kościół odegrał wielką rolę mediacyjną w obradach Okrągłego Stołu wiosną 1989 roku; nie uczestniczył co prawda bezpośrednio w obradach, ale skutecznie działał zakulisowo (bp Dąbrowski, ks. Orszulik), naciskając na PZPR na ustępstwa od jej “wiodącej roli” w państwie, a na Solidarność na rozsądne (w ówczesnej sytuacji geopolitycznej) ograniczenie jej żądań. Kościół był wtedy uważany przez znaczną część społeczeństwa za trzeciego sygnatariusza historycznego porozumienia (co niektórzy powiedzą tu “historycznego nieporozumienia” i nie wybaczą mu tego pośrednictwa ...) Okrągłego Stołu, dzięki czemu – jak można przypuszczać – uniknęliśmy wtedy rozlewu krwi (jak to miało miejsce pół roku później w Rumunii). No tak, ale już od początku lat 90. autorytet Kościoła zaczął gwałtownie spadać (nie miejsce tu na dyskusję, dlaczego tak się stało), nie ma już takiej siły przebicia, jak dawniej. A poza tym - gdyby mediatorem był np. wpływowy duchowy protektor narodowców z toruńskiej rozgłośni (Kościół pożałuje kiedyś takiej postawy, podobnie jak – z zachowaniem wszelkich proporcji – Kościół hiszpański pożałował swego poparcia dla dyktatury Franco i przeprosił naród), wtedy byłby silny nacisk na ustępstwa ze strony prezydenta, który pamiętając komu zawdzięcza swój wybór, nie chciałby się narażać, mógłby okazać się miękkim w rozmowach. Lepiej by już było, aby negocjatorem był noncjusz papieski w Polsce, on zająłby rozumną, ale zapewne i twardą, postawę w rozmowach z narodowcami. Może jego prestiż przemówiłby im do rozumu?

A jeżeliby mediacja noncjusza zawiódła, wtedy należałoby, tak po góralsku, przemówić komuś do rozumu ciupagą.

I wtedy może nadeszłaby u nas tak bardzo potrzebna zmiana?  Zmiana w duchu pieśni śpiewanej podczas stanu wojennego w Krakowie, w kościele oo. Dominikanów:

TYLKO BROŃ MNIE OD NIENAWIŚCI, OD NIENAWIŚCI MNIE ZACHOWAJ,

OD NIENAWIŚCI BROŃ MNIE PANIE

 

dot