Post wakacyjne blues

W Albercie w dc. trwa katastrofalna (już tak teraz można powiedzieć) susza. I nie zanosi się na zmianę. Na szczęście nie mamy tu (jeszcze?) pożarów lasów, ale niektóre regiony Brytyjskiej Kolumbii po prostu płoną. A w zależności od kierunku wiatru swąd tych pożarów dociera do Calgary. Pożarów lasów w Albercie  nie mamy, ale mamy je już w Saskatchewan i w Manitobie. Kwestia czasu kiedy w Albercie? Już dawno ewakuowano ośrodek narciarski Sunshine (hotel górski w lecie), obecnie ewakuacji podlega Park Narodowy Waterton z powodu pożarów w Montanie. A ostatnio mamy nowe pożary w Oregonie i w Utah - Alberta jest więc otoczona pożarami.

Jest możliwe, że pożary w BC wygasną dopiero w zimie - pod warunkiem, że nastąpią obfite opady śniegu.

               I w takie dni czuję się zupełnie chałowo; nie chce mi się wychodzić z domu na kajak, w góry czy na rower, bo i tak przed tym swądem nie ucieknę. Nie jestem więc w tak dobrej formie jak przed pożarami. I czasem lepiej jest spać przy zamkniętych oknach - i to w takie ciepłe noce. Czuję wtedy suchość w gardle i mówię zardzewiałym głosem. A niektóre głupie palanty w TV radośnie nam obwieszczają, że co prawda dzisiaj jest trochę pochmurno (ale nic z tych chmur nie pada ...), ale już jutro będzie słoneczko i niebieskie niebo. I z czego tu się cieszyć, kiedy przyroda jest tak wysuszona? Boże, Ty widzisz i nie grzmisz ...

               A jak należy rozumieć prognozę pogody, że będzie dzień słoneczny ale zadymiony (sunny but hazy). Acha, będzie słonecznie ... ponad dymami.

                Mamy teraz najgorętsze lato w historii Alberty, czyli od końca 19 wieku, kiedy zaczęto przeprowadzać miarodajne obserwacje meteorologiczne. I także najbardziej zadymione lato. Jeszcze jeden rekord w Albercie; powódź w czerwcu 2013 r. była największą w historii prowincji a zima 2015/2016 była najłagodniejszą od kilkudziesięciu lat, właściwie była to parodia zimy.

               Pewnego rodzaju ironią losu jest, że po przekątnej tego kontynentu, w Teksasie, mamy huragan Harvey i związane z nim katastrofalne powodzie. Widzieliśmy w TV jak teraz wygląda Houston - komunikacja tam odbywa się nie samochodami lecz łódkami, przeważnie łódkami ratunkowymi. Tak, nawet Stany nie mogą obronić się przed klęskami żywiołowymi. Jak dotychczas powódź pochłonęła tam 47 ofiar śmiertelnych. A w Kaliforni palą się lasy, pożar podchodzi już pod Los Angeles. Katastrofalne powodzie mamy również w Nepalu, w Indiach, Bangladesh, Nigerii, Nigrze i w Sierra Leone, tam są setki ofiar śmiertelnych (co u nas przechodzi mało zauważone, podobnie jak i fakt, że tam wiele tysięcy ludzi straciło dosłownie wszystko - np. domy zmyte falą powodziową - i najczęściej mogą oczekiwać tylko na jakąś symboliczną pomoc ze strony ich rządów). A w kilku krajach śródziemnomorskich mamy katastrofalne pożary lasów. I lasy palą się też na Kamczatce - czyżby to była próbka sytuacji na następne lata?

               A teraz Harvey przemieścił się na Louisianę. No pewnie, przecież już od 12 lat (huragan Kathrina, zalany Nowy Orlean) nie mieli żadnej klęski żywiołowej. I na Karaiby  dotarł już znad Atlantyku huragan Irma (największy w historii monster nad Atlantykiem, wiatry do 300 km/h) ? Niektóre małe wyspy zostały prawie całkowicie zdewastowane, większość ludności jest tam bez wody i elektryczności. Irma wkrótce też dotrze na Florydę. A jakby to było ich (huraganów) mało, już zbliżają się do Karaibów nowe - Katia i Jose. Czego jeszcze można oczekiwać?

                Prędzej człowiek będzie spacerował na powierzchni Marsa zanim ludzkość opracuje jakieś metody ograniczania kataklizmów przyrody. A jakby mało było tego wszystkiego, już od parudziesięciu lat obserwuje się wybielanie raf koralowych - w resultacie podwyższania się temperatury oceanów, korale pozbywają się żyjących z nimi w symbiozie kolorowych alg. A wzrost temperatury związany jest ze zwiększoną ilością CO2 w atmosferze (skutek m.in. używania węgla, ropy i gazu ziemnego jako surowców energetycznych) - już jest powyżej 400 ppm, co jest największą ilością od 800 tys lat (tak wynika z analiz rdzeni wiertniczych z lodowców Grenlandii i Antarktydy).

               Oczywiście w historii Ziemi bywały okresy drastycznych zmian klimatycznych, by wymienić chociażby ostatnie milion lat (epoka pleistoceńska), kiedy miały miejsce cztery okresy zlodowaceń przedzielone ciepłymi okresami międzylodowcowymi (kiedy przeciętna temperatura na Ziemi była wyższa od tej obecnej - jak to wynika z analiz izotopów tlenu w osadach z tych interglacjałów). Uczeni wciąż dyskutują, jakie mogły być przyczyny tych zmian, temat to zbyt obszerny by go tutaj rozważać. Wspomnę jednak, że w grę wchodzą czynniki, na które ludzkość absolutnie nie ma żadnego wpływu, np. zmiany aktywności Słońca; wahania kąta nachylenia osi Ziemi (w odniesieniu do płaszczyzny jej orbity), gdzie zmiana kąta tylko o jeden lub dwa stopnie powoduje istotne zmiany klimatyczne; drobne zaburzenia kształtu orbity Ziemi; wybuchy gwiezdne (supernova); przepływ pyłu kosmicznego po wewnętrznej orbicie Ziemi, itp.  Jest jednak prawie powszechnie przyjęta opinia (wyjątkiem są tu m.in. - i symptomatycznie - niektórzy ludzie związani z przemysłem naftowym i węglowym), że zwiększona siła i częstotliwość huraganów, susz i powodzi związana jest z ocieplaniem się klimatu. Czyli że na naturalny trend w zmianach klimatycznych  nakłada się efekt działalności człowieka (czasem mówi się nawet o nowej epoce geologicznej - antropocen). Wspomniał o tym papież Franciszek w encyklice Laudato si. A tu Trump odpisał USA (drugi po Chinach zatruwacz atmosfery) od Traktatu Paryskiego. Obciąl fundusze na badania naukowe związane ocieplaniem się klimatu. I obciął też fundusze National Flood Insurance Programme; no pewnie, bo by nie starczyło pieniędzy na budowę muru na granicy z Meksykiem. A psia kryminał - dump Trump!

(Przy tym wszystkim należy wspomnieć, że czasami wypowiadane są alarmistyczne lub nawet wręcz apokaliptyczne opinie niektórych ekologów. Jest np. niezbitym faktem, że w przyspieszonym tempie topnieją obecnie lodowce, co już tu i ówdzie, szczególnie w Andach, jest fatalne w skutkach. Ale też opinia, że jeszcze nigdy w historii Ziemi lodowce nie topniały w tak zastraszającym tempie? W swoim czasie, podczas wycieczki autokarowej Klubu Seniorów w Góry Skaliste - jeszcze raz podziękowania dla p. Mariana Farafaszela za jej zorganizowanie - zatrzymaliśmy się na North Saskatchewan Crossing. Na podciętym brzegu   tej rzeki uważnie oglądaliśmy osady lodowcowe kilkunastometrowej grubości. Pochodzą one z tzw. Holocen maximum, 11 – 12 tys. lat temu. Nastąpiło wtedy gwałtowne ocieplenie klimatu, lodowce topniały z niesamowitą wręcz prędkością, o czym świadczą właśnie te osady - bezładna mieszanina kamieni, żwiru piasku i iłu. W radzieckiej terminologii geologicznej określa się to bardzo trafnie jako “wsjakowo roda barachło” A do czego doprowadziło wtedy ocieplenie klimatu? Doprowadziło do powstania naszej cywilizacji, do przejścia z epoki paleolitu do neolitu; wtedy nasi przodkowie, dotychczas łowcy i zbieracze dzikich roślin, przeszli na osiadły tryb życia, powstały pierwsze wioski, rozwinęło się rolnictwo (najpierw w dolinie Mezopotamii, potem w dolinie Nilu, Indusu, w dolinach rzek chińskich), z czasem powstały pierwsze miasta i państwa. Tak, z powodu ocieplenia klimatu.

               Te osady lodowcowe możnaby więc pokazać co niektórym, którzy głośno alarmują, że lodowce jeszcze nigdy w historii Ziemi nie topniały tak szybko, jak obecnie.   Hejże “zieloni” panie i panowie; tam z mostu widać, że to po prostu nieprawda, kiedyś lodowce topniały znacznie szybciej. I nie można winić naszych przodków, że rozpalając ogniska przyczynili się do ocieplania klimatu. A niezależnie od tego, nasz pra-pra przodek, małpolud Homo erectus, już  ok. 1.5 miliarda lat temu radził sobie z rozpalaniem ogniska)

               Na upały  ja mam wypróbowany sposób; będąc na finałowych już w moim życiu wakacjach, spędzam dużo czasuna wodzie z kajakiem. I popływam sobie trochę, póki co jeszcze woda nie jest za zimna. Niemniej jednak z powodu pożarów lasów w BC wzięły w łeb wzięły pewne moje atrakcyjne plany wakacyjne. A niech to wszyscy diabli!

               W niedzielę 27. VIII. mieliśmy czyste niebo (bo wiatr płd-wsch), więc wybrałem się z grupą kajakarzy na spływ na Bow, odcinek na wschód od Canmore do zbiegu rzek Bow i Kananaskis. Póki jeszcze Bow płynie, póki jeszcze mamy lodowce w Górach Skalistych.  No to zaczynamy spływ ...

Początkowo Bow, mimo że w górach, ma charakter raczej nizinnej rzeki - w szerokiej polodowcowej dolinie płynie powoli, często meandrując. 

 

Ta góra na powyższym zdjęciu jest skibą tektoniczną - paleozoiczne utwory nasunięte na młodsze, chyba też paleozoiczne.

Na swój sposób odmłodziłem się trochę na tym spływie, bo przypomniały mi się ... wyskoki wysokogórskie z Alpine Club of Canada; tam, kiedy filmowałem akcję grupy podbiegałem naprzód lub na boki, aby złapać partnerów na tle szczytów i lodowców, zaliczałem więc dodatkowo większy kilometraż i potem jeszcze szybszym krokiem i z wyciągniętym językiem trzeba mi było dochodzić do grupy. No tak, ale to było w ubiegłym Milenium, teraz absolutnie by mnie nie stać było na coś takiego. Na wodzie jednak jakoś daję sobie rady - płynę zygzakami, żeby złapać dobre ujęcie grupy ...

Ktoś zauważył sarenkę na brzegu rzeki. A ja, przy innej okazji, widziałem dużego tutaj czarnego niedźwiedzia jak przepływał z jednego brzegu na drugi. Teraz zauważamy rybołowa ...

 

Siedzi sobie na suchej gałęzi, zapewne jest na nas zły, że mu przepłaszamy ryby. Nieco dalej spostrzegamy bielika morskiego ...

A to znaczy, że mamy tu czystą wodę, rzeka jest zasobna w ryby; Bow uważana jest za najlepszą dla pstrągów w Ameryce Północnej, bo woda tu jest (również i w lecie) bardzo zimna (zasilana śniegami i lodowcami Gór Skalistych), a co niektóre ryby właśnie zimną wodę lubią.

               Jest upalny dzień, zaczynamy już trochę odczuwać zmęczenie. Postanawiamy, że czas nam przybić do brzegu na lunch i odpocząć trochę. A mnie szczególnie trzeba odpocząć, bo czuję już w ramionach to wiosłowanie zrywami i zygzakami ...

Po krótkiej przerwie (którą wykorzystałem na orzeźwiającą kąpiel) płyniemy dalej. Ta góra na wprost nas Sercem jest nazwana. I słusznie jak widać. Mamy tu szkolny przykład inwersji morfologii - szczyt góry w osi synkliny  ...

 jak widać

I tak dopływamy do wschodniego obrzeżenia Gór Skalistych - ten jęzor skalny, góra Yamnuska, jest właśnie ich geologiczną granicą ...

Skoro już dopłynnęliśmy do skraju Gór Skalistych - starczy nam na dzisiaj.

HAPPY END

  Czułem coś w ramionach po tym spływie - to wiosłowanie zygzakami i przyspieszanie, żeby nadążyć za grupą. No tak, tempus fugit, to już nie te czasy. No, ale czego się nie robi dla sztuki, w tym przypadku sztuki zwanej fotografią (a zdjęć nacykałem wtedy niemało, tutaj załączyłem tylko ich część).

               Po przybyciu do domu zrobiłem sobie sutą - ale i dobrze zasłużoną - kolację, zaprawioną wódeczką soplica-orzech laskowy (takie coś lubię sobie kazać po szczególnie przyjemnym dniu), po czym włączyłem TV i zwaliłem się jak kłoda na sofę. Zaraz też wpadłem w objęcia Morfeusza i przespałem dziennik wieczorny. Heca hecą a tu lata lecą.

P.S. Wiadomość z ostatniej (9.IX.) chwili: Pożar lasów w Montanie przerzucił się już do Alberty, konkretnie do Parku Narodowego Waterton. A na Florydzie 6 mln mieszkańców (przybrzeżnych i nisko położonych terenów) otrzymało rozkaz natychmiastowej ewakuacji.