Coś dla miłośników polskiej mowy

W swoim czasie nieodżałowany ks. Józef Tischner  powiedział w parę lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, że w każdym z nas pozostało coś z Homo sovieticus (termin po raz pierwszy użyty bodajże przez rosyjskiego dysydenta Zinowiewa w latach 70.). Zapewne wtedy co niektórzy w kraju i na emigracji (tacy, od których na prawo jest już tylko goła ściana)  zareagowali na tą wypowiedź: Niechże on tak pisze, ale w swoim tylko imieniu. Później jednak ks. J.T.skonstatował, że coraz bardziej licznieszym typem Polaka staje się Homo eroticus.

A jak doszedł do takiego wniosku? Zauważył, jak bardzo często słyszy się – w miejscach publicznych, w tramwajach, w autobusach –  krótki zwrot “Ja pierd ...”. Głównie męskimi głosami wypowiadany (tenor, bas, bas-baryton ...), ale coraz częściej – w ramach procesu emancypacji – wypowiadany również i kobiecymi głosami (soprano, mezzo soprano, soprano alto ...). A do tego dodaje się jeszcze

(albo go poprzedza) pewne hiszpańskie i włoskie słowo, choć w naszym języku mające całkiem inne znaczenie. I nawet pewien poeta napisał odę na  cześć tego słowa:

 

 

O k..wo! Któż jak ja cię sławić jest gotowy?!

Bo któż jak ty podkreśla zdań sens finezyjny?

Tyś jest w stanie zastąpić dowolną część mowy

I nieomal dowolny znak interpunkcyjny.

Gdybyś znikła, rozmawiać by ludzie przestali,

Wojsko by moc straciło, bezbronne wśród wrogów.

Sejm, transport, budownictwo - kompletny paraliż,

A film polski by został całkiem bez dialogów.

Imienia twego ludzie wzywają strapieni,

Świadomi instynktownie twej kojącej roli,

A gdy ktoś się uderzy, kiedy je wymieni,

To od razu jest raźniej, od razu mniej boli.

Zatem pozostań z nami, bo choć żeś nie święta,

My bez ciebie jak okręt, gdy się urwie szturwał.

I strzeż nas w Europie na życia zakrętach...

Wszak w językach romańskich zakręt to jest "curva".


 
Cytat za: Mieczysław Czuma i Leszek Mazana "Opowieści z krainy centusiów"

No cóż, ten zakręt w językach romańskich daje się słyszeć również na naszych uniwersytetach czy innych wyższych uczelniach, niektórzy ich absolwenci może znajdą się kiedyś u steru nawy państwowej? Ot, taki przykład spod pewnego dziekanatu: Zośka, zdałaś k ... ten egzamin?

Albo przykład potajemnie nagranej rozmowy kilku decydentów z poprzedniej ekipy rządowej w ekskluzywnej restauracji w Warszawie, “Sowa i przyjaciele”: Te smażone ośmiorniczki były k ... dobre.

Ciekawe zdarzenie miało miejsce kilka lat temu, kiedy trenerem naszej piłkarskiej reprezentacji był Holender Beenhakker. Otóż podczas jednego meczu zapytał on swojego asystenta: Który to jest gracz, ten Curva? No tak, na boisku często  wtedy rozlegał się głośny okrzyk: Podaj, k...!

Kiedyś w czasie przepychanki (takiej na granicy bójki) w naszym Sejmie ponoć usłyszano też coś w tym stylu. No i jak zwykle – strona rządowa zwala tu winę na “totalną opozycję” i na odwyrtkę.  Teraz już nie sposób ustalić, z czyich ust to wyszło. No, chyba żeby min. A.M. zechciał powołać jeszcze jedną specjalną komisję ...

A może to było wyrazem lingwistycznych zainteresowań któregoś z posłów? Może miał po prostu na myśli zakręt (w polskiej polityce) po hiszpańsku lub po włosku? Bo też tych zakrętów – i przekrętów – mamy obecnie w naszej polityce niemało.

Przy okazji przyznam się – mnie też kiedyś coś takiego (ale w polskim znaczeniu) wypsnęło się, i to w publicznym miejscu. Było to na początku lat 70. Pewnego razu, tak przy kielichu, wpadliśmy na pomysł założenia kabaretu polonijnego. Jak rzekli, zrobili i nawet nie zbłądzili (bo występy mieliśmy całkiem udane, jako że wtedy byliśmy młodzi i piękni). Przyszedł dzień inauguracyjnego kabaretu w domu naszych Kombatantów (wtedy przy Kensington St.). Inauguracja wyglądała tak, że ja poza sceną głośno waliłem mosiężną chochlą w wielką patelnię – niczym gong na ringu bokserskim. I następnie z głośnym okrzykiem He, he, dobry wieczór Państwu (zmodyfikowany plagiat z występów Piotra Skrzyneckiego w krakowskiej Piwnicy pod Baranami) miałem wskoczyć na scenę, odbijając się od przysuniętych do niej schodków. Niestety, w momencie odbicia schodki pojechały do tyłu, ja zamiast wyskoczyć do góry, zwaliłem się niczym stary wół na scenę (jej deski wtedy zadudniły), uderzywszy goleniem o metalową krawędź sceny. Ból był dotkliwy. I co mi się wtedy głośno wypsnęło? Będąc człowiekiem o szerokich zainteresowaniach intelektualnych, w tym przypadku lingwistycznych (a jakże!), wypsnęło mi się wtedy po hiszpańsku głośne O curva!  A w pierwszym rzędzie siedzieli ówczesny ks. proboszcz i polonijni notable. Osobliwa to była inauguracja naszego kabaretu  - można powiedzieć pokazaliśmy się wtedy jako ludzie światowi, ha!

P.S.  A co do śp. ks. Józefa Tischnera ...  Pierwszego kapelana Solidarności (tej z lat 1980 – 1981 i z lat stanu wojennego), kawalera Orderu Orła Białego (najwyższe polskie odznaczenie), bardzo bliskiego przyjaciela św. Jana Pawła II. W czasie pisania tego artykułu, a konkretnie kiedy wymieniłem z imienia ks. J.T. – napłynęły mi łzy do oczu. I nie wstydzę się moich uczuć. Mam jednak dręczące pytanie: Dlaczego ten tak potrzebny Polsce człowiek musiał przedwcześnie odejść? I to będąc w pełni sił twórczych.